Ziemniak 2026: trudny rynek, termin sadzenia i planowanie ochrony. Rolnicy podchodzą ostrożniej

Pierwszym wyraźnym sygnałem na start sezonu jest zmiana podejścia producentów. Po trudnym roku 2025 wielu rolników rewiduje swoje strategie i ogranicza ambicje zwiększania produkcji.

Zdaniem dr hab. Katarzyny Rębarz sezon 2026 nie przyniesie wzrostu powierzchni uprawy ziemniaka.

– Myślę, że areał się nie zwiększy. Zostanie na podobnym poziomie, a może nawet minimalnie się zmniejszy po sytuacji z 2025 roku – ocenia ekspertka.

Jak dodaje, wielu rolników, zachęconych wcześniejszymi wysokimi cenami, zwiększyło produkcję bez zabezpieczenia kontraktacyjnego. Efekt? Problemy ze sprzedażą i zalegający towar. Aczkolwiek temat jest zdecydowanie bardziej rynkowo złożony.

– Niektóry towar w ogóle nie jest do tej pory przyjmowany i leży na magazynach. Szczególnie ilości pozakontraktowe, na których ciężko znaleźć obiorcę na wolnym rynku – podkreśla.

Optymalizacja kosztów, ale nie za wszelką cenę

Sezon 2026 w uprawie ziemniaka upłynie pod znakiem liczenia każdej złotówki. Presja ekonomiczna jest dziś jednym z głównych czynników wpływających na decyzje producentów – od wyboru odmiany, przez poziom nawożenia, aż po intensywność ochrony.

Jak jednak podkreśla dr hab. Katarzyna Rębarz, oszczędzanie nie może oznaczać działania „na skróty”.

– Przede wszystkim ten sezon to będzie optymalizacja kosztów produkcji. Ze względu na ceny, jakie panują na rynku, każdy będzie ich szukał – mówi ekspertka.

Naturalną reakcją rolników jest ograniczanie wydatków tam, gdzie wydaje się to możliwe: redukcja liczby zabiegów, niższe dawki środków ochrony roślin czy sięganie po tańsze rozwiązania. Problem w tym, że część takich decyzji może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego.

W praktyce oznacza to, że największe oszczędności nie zawsze wynikają z cięcia kosztów bezpośrednich, lecz z lepszego zarządzania ryzykiem.

Nietrafiony termin sadzenia, źle dobrany program ochrony czy brak reakcji na warunki pogodowe mogą wygenerować straty znacznie większe niż potencjalne „oszczędności”.

Szczególnie ryzykowne jest ograniczanie nakładów tam, gdzie decydują one o powodzeniu całej plantacji – na starcie wegetacji oraz w ochronie fungicydowej. Błędy popełnione na tym etapie są najtrudniejsze do naprawienia.

– Minimalizacja ryzyka, a nie tylko kosztów – to powinno być kluczowe podejście w tym sezonie” – podkreśla dr hab. Rębarz.

Ekspertka zwraca uwagę, że wielu rolników będzie próbowało „oszczędzać” poprzez modyfikację programów ochrony, ale bez odpowiedniej wiedzy może to prowadzić do poważnych konsekwencji. Zbyt późne zabiegi, niewłaściwy dobór substancji czy pomijanie kluczowych momentów aplikacji często kończą się większymi stratami plonu lub jakości.

Istotnym elementem racjonalizacji kosztów jest również korzystanie z narzędzi wspierających decyzje.

Nie bez znaczenia pozostaje również kwestia jakości materiału sadzeniakowego i przygotowania stanowiska. Oszczędności na tym etapie mogą być szczególnie złudne – słaby start plantacji niemal zawsze przekłada się na niższy plon i wyższe koszty „ratowania” uprawy w trakcie sezonu.

– Wszędzie szukamy oszczędności, ale trzeba patrzeć na to, co jest naprawdę potrzebne – podsumowuje ekspertka.

Sezon 2026 nie będzie więc czasem prostego „cięcia kosztów”, lecz raczej sprawdzianem umiejętności zarządzania produkcją. Ci, którzy podejdą do optymalizacji strategicznie, mają szansę utrzymać rentowność. Ci, którzy postawią wyłącznie na redukcję wydatków – mogą zapłacić za to wyższą cenę w plonie i jakości - przekonuje ekspertka. 

Termin sadzenia ziemniaka: decyduje gleba, nie kalendarz

Jednym z kluczowych momentów całej technologii uprawy ziemniaka jest wybór terminu sadzenia. W praktyce – jak podkreśla dr hab. Katarzyna Rębarz – to właśnie na tym etapie zapada wiele decyzji, które później trudno już skorygować. Tymczasem wciąż zbyt często dominuje podejście „kalendarzowe”, oparte na dacie czy presji organizacyjnej, zamiast na realnych warunkach polowych.

– Sadzenie powinno odbywać się w dobrze ogrzaną glebę. Minimum to 6–7 stopni, a najlepiej około 10 stopni Celsjusza – zaznacza ekspertka.

To właśnie temperatura gleby, a nie powietrza, powinna być podstawowym wyznacznikiem. Zbyt zimne podłoże oznacza spowolnione procesy fizjologiczne bulw, a tym samym wydłużony czas wschodów i większą podatność na stres oraz infekcje. W praktyce oznacza to, że nawet jeśli warunki „na oko” wydają się sprzyjające, gleba może wciąż nie być gotowa.

Równie ważna jak aktualna sytuacja jest prognoza pogody. – Trzeba brać pod uwagę, jaka będzie pogoda przez najbliższe dwa tygodnie od momentu sadzenia – podkreśla dr hab. Rębarz. Wahania temperatur, które w ostatnich sezonach są coraz częstsze, mogą całkowicie zmienić sytuację plantacji.

Ekspertka zwraca uwagę na scenariusz, który już się powtarzał: okres ciepła zachęca do rozpoczęcia prac, po czym następuje gwałtowne ochłodzenie, a nawet przymrozki. –Może się okazać, że sadzimy przy temperaturach kilkunastu stopni, a za chwilę wracają spadki do minusowych wartości – zauważa.

Szczególnie duże znaczenie ma to w przypadku sadzeniaka o niepewnej jakości.

– Jeżeli materiał sadzeniakowy nie jest najlepszy, tym bardziej trzeba sadzić w warunkach optymalnych– podkreśla ekspertka. W przeciwnym razie ryzyko strat znacząco rośnie.

Dodatkowym problemem jest presja chorób odglebowych. Niska temperatura i wysoka wilgotność gleby sprzyjają rozwojowi patogenów.

– Jeżeli materiał sadzeniakowy ma objawy chorób, takich jak rizoktonioza czy zgnilizny, to sadzenie w zimną glebę tylko pogłębi problem . W efekcie plantacja może już na starcie wejść w sezon osłabiona, co ogranicza jej potencjał plonotwórczy – zaznacza dr Rębarz. 

Nie bez znaczenia pozostaje również sytuacja wilgotnościowa. Choć lokalnie występowały opady śniegu, w wielu regionach gleba szybko traci wodę. To dodatkowo komplikuje decyzję o terminie sadzenia, ponieważ rolnicy muszą balansować między temperaturą gleby a dostępnością wilgoci.

W praktyce oznacza to konieczność indywidualnego podejścia do każdego pola i sezonu.

-Nie ma jednego „idealnego terminu” – są tylko warunki, które trzeba właściwie ocenić – podsumowuje wątek dr hab. Rębarz.

Sadzeniak pod lupą: jakość i ryzyko chorób

W sezonie 2026 jakość materiału sadzeniakowego staje się jednym z najważniejszych, a jednocześnie najbardziej niepewnych elementów technologii produkcji. Jak podkreśla dr hab. Katarzyna Rębarz, sytuacja jest bardzo zróżnicowana i w dużej mierze wynika z problemów poprzedniego roku. Jaka jest jakość sadzeniaka ze zbiorów 2025?

– Wygląda to w praktyce różnie. Wszystko zależy od rolnika, od hodowli, kto to produkował i w jakich warunkach – ocenia ekspertka. Jednocześnie zwraca uwagę, że skutki sezonu 2025 będą wyraźnie widoczne. – Po zeszłym roku dużo plantacji było zdyskwalifikowanych ze względu na duże zawirusowanie.

To oznacza, że dostępność wysokiej jakości sadzeniaka kwalifikowanego niektórych odmian może być ograniczona. Wiele gospodarstw w tym roku będzie też sięgać po materiał z własnego rozmnożenia. I właśnie tutaj pojawia się największe ryzyko.

-Materiał własny, nawet jeśli wizualnie wygląda dobrze, bywa, że nie spełnia podstawowych standardów zdrowotnych. Kluczowe znaczenie mają tu przede wszystkim choroby wirusowe, które mogą nie dawać jednoznacznych objawów na bulwach, a jednocześnie znacząco obniżać potencjał plonotwórczy. W praktyce oznacza to słabszy start roślin, nierównomierne wschody i niższą wydajność całej plantacji - tłumaczy ekspertka. 

Dr hab. Rębarz zwraca jednak szczególną uwagę na choroby przechowalnicze i odglebowe, które w tym sezonie mogą odegrać także dużą rolę.

– Podejrzewam, że będzie problem z suchą zgnilizną bulw, mokrą zgnilizną bulw i również z rizoktoniozą – ostrzega.

Te patogeny często ujawniają się dopiero po posadzeniu, zwłaszcza w niekorzystnych warunkach. Dlatego ocena jakości sadzeniaka nie powinna ograniczać się do pobieżnego oglądu, lecz obejmować dokładną selekcję i eliminację bulw z objawami chorób.

Szczególnie niebezpieczne jest połączenie kilku czynników ryzyka: słabszego materiału, niskiej temperatury gleby i wysokiej wilgotności. 

Odchwaszczanie po zmianach: mniej narzędzi, bardziej przemyślana strategia

Odchwaszczanie ziemniaka w sezonie 2026 to jeden z obszarów, w którym rolnicy najmocniej odczuwają zmiany regulacyjne i ograniczenia w dostępności substancji czynnych. Wycofanie lub ograniczenie stosowania części herbicydów – w tym metrybuzyny – wymusiło zupełnie inne podejście do budowania programów ochrony przed chwastami.

Jak podkreśla dr hab. Katarzyna Rębarz, dziś nie ma już jednego „prostego rozwiązania”, które można było zastosować w szerokim zakresie. – Rolnicy mają do dyspozycji przede wszystkim mieszaniny herbicydów stosowanych przedschodowo – wyjaśnia.

To oznacza konieczność łączenia różnych substancji aktywnych, aby uzyskać szerokie spektrum działania. W praktyce najczęściej bazą takich programów staje się prosulfokarb, który można łączyć z innymi substancjami, takimi jak chlomazon, pendimetalina, metobromuron, aklonifen czy fluorochloridon.
Takie podejście daje elastyczność, ale jednocześnie wymaga znacznie większej wiedzy i precyzji. Dobór mieszaniny musi uwzględniać nie tylko gatunki chwastów dominujących na polu, ale również warunki glebowe w tym wilgotność.

Zmiany najmocniej widać jednak w ograniczeniu możliwości działania nalistnego. – Uszczupliło się zastosowanie powschodowe. Zostały praktycznie trzy substancje aktywne – zaznacza ekspertka. W praktyce oznacza to znacznie mniejszy margines błędu. Jeśli zabieg przedschodowy nie zostanie wykonany prawidłowo lub jego skuteczność będzie ograniczona przez warunki pogodowe, możliwości korekty są już ryzykowne.

Ekspertka zwraca również uwagę na aspekt formalny i ryzyko związane z nieprawidłowym stosowaniem środków ochrony roślin. – Jeżeli stosujemy substancję, która nie jest dopuszczona do ziemniaka, albo została wycofana (np. metrybuzyna), to może zostać wykryta – podkreśla. To sygnał, że improwizacja w zakresie ochrony może mieć nie tylko skutki agronomiczne, ale także prawne i handlowe.

Ochrona fungicydowa: profilaktyka priorytetem

Ostatnie dwa sezony bardzo wyraźnie pokazały, że w uprawie ziemniaka nie ma miejsca na opóźnione decyzje w ochronie fungicydowej. Zaraza ziemniaka przestała być problemem „punktowym” – stała się realnym zagrożeniem dla większości plantacji w kraju. W efekcie zmienia się filozofia ochrony na zdecydowaną profilaktykę.

Jak podkreśla dr hab. Katarzyna Rębarz, fundamentem skutecznej strategii jest właściwy start programu ochrony.

– Na pierwsze zabiegi nie stosujemy preparatów kontaktowych, tylko produkty systemiczne. Przynajmniej na pierwsze dwa zabiegi – zaznacza.

Powód jest prosty: na tym etapie rolnik nie ma pewności, z jakim materiałem sadzeniakowym pracuje i czy w bulwach nie znajdują się utajone formy patogenów. –My nie wiemy, co niesie ze sobą sadzeniak – czy nie ma w środku utajonej formy zarazy ziemniaka – wyjaśnia ekspertka.

Błędy popełnione na początku sezonu są wyjątkowo trudne do naprawienia.

– Ostatnie dwa lata pokazały, że jeżeli ktoś zaczynał od produktów kontaktowych lub słabszych, a nie zaczął porządnie z systemikiem, to potem walka była bardzo często ciężka, bądź czasami od razu przegrana – mówi.

Kluczowym elementem jest także moment rozpoczęcia ochrony. W praktyce wielu rolników wciąż kieruje się wizualnymi objawami chorób lub fazą rozwojową roślin, tymczasem to podejście okazuje się już spóźnione.

– Do tej pory pierwsze zabiegi wykonywano dopiero przy zwieraniu międzyrzędzi albo gdy było już widać objawy. Obecnie to jest za późno – podkreśla dr hab. Rębarz.

Nowoczesne podejście opiera się na analizie warunków pogodowych i systemach monitoringu.

– Jeżeli widzimy, że mamy dużą wilgotność oraz temperaturę powietrza w granicach 15–18°C, to są warunki sprzyjające zarazie. I wtedy nie ma co się zastanawiać – wykonujemy pierwszy zabieg – tłumaczy.

To podejście wyprzedzające jest kluczowe, ponieważ zaraza ziemniaka rozwija się bardzo szybko, a moment infekcji często pozostaje niezauważony.
Równie ważna jak początek programu jest jego dalsza konsekwencja. Strategia ochrony powinna być stopniowana. Po zastosowaniu produktów systemicznych w pierwszych zabiegach należy przechodzić do preparatów wgłębnych, a dopiero na końcu – kontaktowych. – Systemiki stosujemy na początku. Później przechodzimy na inne grupy, żeby nie budować odporności patogenów – zaznacza ekspertka.

Sezon 2026 będzie wymagał jeszcze większej precyzji, ponieważ zmienne warunki pogodowe sprzyjają nagłym infekcjom. Wilgotne okresy przeplatane ociepleniami tworzą idealne warunki dla rozwoju chorób, a krótkie „okna pogodowe” na wykonanie zabiegów wymuszają szybkie decyzje.

W tym kontekście ochrona fungicydowa przestaje być schematem, a staje się procesem dynamicznego reagowania na sytuację w polu.

– Trzeba patrzeć na pogodę, na monitoring i reagować we właściwym momencie. Bo w tym roku nie będzie miejsca na błędy – podsumowuje dr hab. Katarzyna Rębarz.

Stonka: problem znany, ale ochrona trudniejsza

Stonka ziemniaczana od lat pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych i „oczywistych” szkodników w uprawie ziemniaków. Wydawałoby się, że jej zwalczanie to rutyna, dobrze opanowana przez rolników. Jednak – jak podkreśla dr hab. Katarzyna Rębarz – rzeczywistość staje się coraz bardziej skomplikowana.

– Stonka oczywiście zawsze jest jakimś problemem i w zależności od pogody. Są lata, że jest jej mniej, a są takie, gdzie presja jest większa”– mówi ekspertka.

Zmienność występowania szkodnika sprawia, że trudno opierać się na doświadczeniach z jednego sezonu. Ciepłe i suche warunki sprzyjają szybkiemu namnażaniu, natomiast chłodniejsze okresy mogą ograniczać jego aktywność. Jednak nawet przy niższej presji stonka nie znika – pozostaje zagrożeniem, które wymaga stałego monitoringu.

-Największym wyzwaniem nie jest dziś jednak sama obecność szkodnika, lecz jego rosnąca odporność na środki ochrony roślin. Postuluję tutaj o zmienianie substancji aktywnych, a właściwie całych grup chemicznych, żeby rolnicy nie robili sobie odporności – podkreśla dr hab. Rębarz.

To problem, który narasta od lat i jest w dużej mierze efektem powtarzania tych samych mechanizmów działania. – Jeżeli ktoś zastosuje jedną substancję, a potem drugą z tej samej grupy chemicznej, to tak naprawdę działa w ten sam sposób. I to prowadzi do odporności – wyjaśnia.
W praktyce oznacza to, że skuteczność wielu dotychczas zstosowanych rozwiązań stopniowo spada.

Warto również pamiętać, że presja stonki może być silnie lokalna. Na niektórych plantacjach problem jest marginalny, podczas gdy na innych może przybrać bardzo dużą skalę. To dodatkowo podkreśla znaczenie indywidualnego podejścia i bieżącej obserwacji pola..

Rynek ziemniaka: największe napięcia dopiero przed nami

Najbardziej emocjonalna część rozmowy dotyczy rynku. To właśnie on – zdaniem dr Rębarz – jest dziś jednym z głównych źródeł niepewności i frustracji producentów. Ekspertka zwraca uwagę na rosnącą dysproporcję w podziale marży.

– Rolnik ostatnio dostaje 20 groszy za kilogram ziemniaków, a w sklepie jest po 1 złoty w promocji, a bez nie są to zazwyczaj 3 złote. To jest sytuacja absolutnie nie do przyjęcia!– mówi wprost.

Problem nie dotyczy wyłącznie ziemniaków, ale całego rynku warzyw.

– Mieliśmy sytuacje, gdzie rolnicy zaorywali plony (papryka w gruncie i zbiory 2025), bo ceny były poniżej kosztów produkcji, a w sklepach są dostępne produkty drogie i często importowane.

Dodatkowym czynnikiem destabilizującym są mechanizmy rynkowe w Unii Europejskiej.

– W zeszłym roku widzieliśmy napływ ziemniaków z zagranicy w cenach dumpingowych. Niektóre kraje potrafią wspierać swoich rolników pośrednio, np. poprzez dopłaty do transportu czy utylizacji. To prowadzi do sytuacji, w której krajowi producenci tracą konkurencyjność, mimo że – jak podkreśla ekspertka – Polska nie ma realnej nadprodukcji. Areał się znacząco nie zwiększył, nie mamy nadprodukcji, a mimo to rynek został zalany towarem z zewnątrz.

W jej ocenie konieczne są zmiany systemowe.

– To wymaga reorganizacji rynku i większej troski o polskiego producenta. Nie może być tak, że rolnik czyli ten, który ponosi największe ryzyko, zarabia najmniej. Rosnące koszty produkcji – paliwa, nawozów i środków ochrony – tylko pogłębiają problem.

W efekcie w wielu gospodarstwach pojawia się realna presja ekonomiczna i narastająca frustracja.

– Dzisiaj na wsi jest ogromna frustracja. Koszty rosną, ceny płodów są niskie, a wymagania jakościowe coraz wyższe– podsumowuje dr hab. Katarzyna Rębarz.

Źródło: www.farmer.pl